Wilki

Rozdzia艂 szesnasty

Wilki

– I jak, wy偶yje?- spyta艂 Sebastian powracaj膮cego z ekonom贸wki Wac艂awa.

– Panna Rubinowska czyni co w jej mocy, ale nie podejmuje si臋 wyj膮膰 kuli, kt贸ra utkwi艂a zbyt blisko serca. Najbli偶szy lekarz za艣 jest w Lubowli, lecz to pono膰 partacz.

– Spytaj jej, czy ranny wytrzyma podr贸偶- zadecydowa艂 Sebastian- a je艣li tak, trzeba zaraz mo艣ci膰 sanie. Ode艣lemy go do Krakowa pod dobr膮 opiek膮. Lepszego starania ni偶 u ojc贸w duchak贸w mie膰 nie b臋dzie. Dam mu list instancjonalny1 i pieni膮dze na drog臋 cho膰by do samego Po艂ocka, jak ju偶 przyjdzie do zdrowia. Nale偶y mu si臋 za niewinne pos膮dzenie – spojrza艂 z wyrzutem na Atoka.

– C贸偶 pan chcesz? – broni艂 si臋 Inka. 鈥 To Hiszpan, kogo mo偶na by艂o bardziej podejrzewa膰?

– A kogo teraz podejrzewacie?

Roca Yupanqui, do kt贸rego tym razem by艂o adresowane pytanie, wzruszy艂 ramionami, za艣 Benesz odpar艂:

– W szczeg贸lno艣ci nikogo, lecz mam dziwne przeczucie, 偶e niebezpiecze艅stwo czai si臋 gdzie艣 blisko. Opowiada艂em wam o 艣mierci tego w艣cibskiego ch艂opaka, Staszka. Ten mord wci膮偶 pozostaje niewyja艣niony.

– Ceni臋 twego policyjnego nosa, jednak tym razem chyba nie masz racji – pow膮tpiewa艂 Sebastian. 鈥 Ch艂opiec m贸g艂 naprawd臋 pope艂ni膰 samob贸jstwo, a ostatni atak przyszed艂 z zewn膮trz, jak nale偶a艂o si臋 spodziewa膰.

– Ale kto艣 go bardzo zr臋cznie zaplanowa艂 – upiera艂 si臋 Wac艂aw. – Baczy艅ski ju偶 nie dowodzi, 艁azarczyk jest na to za g艂upi, wi臋c kto? Brama te偶 si臋 sama nie zaryglowa艂a od 艣rodka. Mogli to uczyni膰 zb贸je, lecz m贸g艂 i kto inny. Ja tam na wszelki wypadek pozby艂bym si臋 z zamku wszystkich obcych pod byle pretekstem.

Sebastian machn膮艂 r臋k膮 bagatelizuj膮co.

– Nadto艣 podejrzliwy. Lepiej rozejrza艂by艣 si臋 po okolicy, czy tam aby nie kr臋c膮 si臋 jakie艣 osobliwe indywidua.

Poniewa偶 Atoc, cho膰 nie bez wahania, zdawa艂 si臋 podziela膰 zdanie Sebastiana, a Roca swoim zwyczajem nie wypowiada艂 si臋, Wac艂aw nie pr贸bowa艂 ich przekonywa膰. Poszed艂 do Rubinowskiej w sprawie rannego Hiszpana.

Sprawa ciekawskiego pacho艂ka, uduszonego i powieszonego, nie dawa艂a mu spokoju. By艂o w tym morderstwie i okrucie艅stwo i jaka艣 szydercza nonszalancja. 艢wi臋tej pami臋ci komisarz Schwarzfuchs by艂 jednak str贸偶em prawa, przebieg艂ym i bezwzgl臋dnym, ale nie morduj膮cym z zimn膮 krwi膮. Gdyby ch艂opak wszed艂 mu w parad臋, znalaz艂by mniej drastyczny spos贸b rozwi膮zania problemu. Z kolei by艂by to mord w stylu Baczy艅skiego, ale ten nie zabija艂by swojego oka i ucha tak ostentacyjnie, nie ujawniwszy, pr臋dzej czy p贸藕niej, swego autorstwa. By艂 pr贸偶ny i lubi艂 si臋 popisywa膰. Natomiast z tego, co m贸wi艂 Sebastian, taka zbrodnia by艂aby bardzo w stylu tej, jak jej tam…Supremy. A to oznacza艂o, 偶e przynajmniej jeden agent inkwizycji przenikn膮艂 do zamku.

*

W styczniu nadci膮gn臋艂y tak straszne mrozy, 偶e najstarsi ludzie podobnych nie pami臋tali. Ch艂opi bali si臋 opuszcza膰 domy nie tylko z l臋ku przed zamarzni臋ciem, ale tak偶e z obawy przed wilkami. Co prawda p艂owa zwierzyna na kopnym 艣niegu stanowi艂a 艂atwy 艂up dla le艣nych drapie偶c贸w, lecz wilk贸w tej zimy by艂o takie zatrz臋sienie, 偶e wyg艂odnia艂e zakrada艂y si臋 do zagr贸d. Od zmierzchu do 艣witu rozlega艂y si臋 wilcze wycia, a psy z podkulonymi ogonami garn臋艂y si臋 do zabudowa艅.

W takiej sytuacji hrabia nie opu艣ci艂 zamku, niemo偶liwe te偶 by艂o pozbycie si臋 z niego kogokolwiek. Zreszt膮 czas jakby przyznawa艂 racj臋 Sebastianowi, poniewa偶 ponad miesi膮c up艂yn膮艂 spokojnie, a dzi臋ki go艣ciom nawet do艣膰 weso艂o.

Dopiero w po艂owie lutego mrozy zel偶a艂y na tyle, 偶e opuszczenie zamkowych mur贸w sta艂o si臋 mo偶liwe. Akurat ko艅czy艂 si臋 okres zapust贸w i nasta艂y ostatki, hrabia zaproponowa艂 wi臋c, by w T艂usty Czwartek urz膮dzi膰 zajazd na nale偶膮cy do Jungenfelda dw贸r w 艁apszach Ni偶nych. Zg艂odnia艂e ruchu i urozmaicenia towarzystwo skwapliwie podchwyci艂o pomys艂, wyj膮wszy Ink贸w, kt贸rzy nie chcieli opuszcza膰 zamku. Palocsay kaza艂 wyszykowa膰 sanie i zarz膮dzi艂, by wszyscy uczestnicy kuligu wyst膮pili w przebraniach.

Wac艂aw, kt贸ry przygotowa艂 sobie str贸j Tatara (g艂贸wnie ze wzgl臋du na prostot臋 wykonania – jego g艂贸wnym elementem by艂 barani ko偶uch odwr贸cony runem na zewn膮trz), rankiem w dniu sanny poczu艂 si臋 bardzo kiepsko. Co prawda ju偶 wcze艣niej troch臋 kw臋ka艂, ale tego dnia ledwo trzyma艂 si臋 na nogach i dlatego z ulg膮 zrezygnowa艂 z zabawy, zw艂aszcza gdy okaza艂o si臋, 偶e Anna te偶 wym贸wi艂a si臋 w ostatniej chwili.

Ostatecznie wyruszono w dwoje sa艅. Pierwsze, kunsztownie wymodelowane na kszta艂t 艂ab臋dzia i wybite czerwonym suknem, zaj臋li hrabia z Francuzem, markotnym, bo pierwotnie mia艂 jecha膰 z Rubinowsk膮. Palocsay prezentowa艂 si臋 komicznie w przebraniu Murzyna, a razem z Gasko艅czykiem w stroju Turka wygl膮dali jak Kacper i Melchior, kt贸rzy zgubili Baltazara i w艂a艣nie wybierali si臋 go szuka膰. Posz贸stny cug tworzy艂y kare konie w ozdobnej uprz臋偶y z janczarami i z grzywami zaplecionymi w warkoczyki powi膮zane kolorowymi wst膮偶kami. 艢rodkowego konia dosiada艂 kieruj膮cy zaprz臋giem forszpan.

Za nimi, w saniach z wysokim oparciem i figur膮 anio艂a z przodu, zasiada艂 Sebastian de Berzeviczy z ojcem Franciszkiem. Pierwszy udawa艂 ch艂opa, drugi – 呕yda. Ich zaprz臋g te偶 prezentowa艂 si臋 okazale, gdy偶 z艂o偶ony by艂 z samych siwk贸w.

Z trzecich, najmniejszych i najl偶ejszych sa艅, o p艂ozach wysoko z przodu wygi臋tych i zwie艅czonych smoczym 艂bem, wypinano konie.

Wyruszyli w samo po艂udnie. Oba zaprz臋gi ustawi艂y si臋 obok siebie na podje藕dzie, zaraz za bram膮 i hrabia zawo艂a艂:

– Kto przegra, stawia beczu艂k臋 grzanego p贸艂toraka2!

艢wisn臋艂y bicze i sanki pomkn臋艂y w dal. Za nimi pogalopowa艂a zbrojna eskorta. Wac艂awem wstrz膮sn膮艂 dreszcz. Machn膮艂 jeszcze raz odje偶d偶aj膮cym, raczej 偶eby si臋 rozgrza膰, bo nie mogli go ju偶 widzie膰, i powl贸k艂 si臋 z powrotem na dziedziniec. Widz膮c, 偶e Juraj wci膮偶 marudzi przy saniach, zarz膮dzi艂 zrz臋dliwie:

– Na co czekasz? Wyprz臋gaj.

– Poczekaj!

Odwr贸ci艂 si臋 i zrobi艂o mu si臋 od razu cieplej, tak osza艂amiaj膮co prezentowa艂a si臋 Anna w stroju Cyganki.

– C贸偶e艣 pan taki zdziwiony? Czy偶by艣 naprawd臋 nie mia艂 ochoty na sann臋?

– A pani j膮 odzyska艂a艣?

– A mo偶e nigdy nie straci艂am?

W zielonych oczach zobaczy艂 nie tylko rado艣膰 z udanego figla, ale i obietnic臋. Natychmiast zapomnia艂, 偶e przed momentem ledwie pow艂贸czy艂 nogami, poczuwszy w sobie ogromny przyp艂yw energii.

– W takim razie musz臋 uzupe艂ni膰 ekwipunek. Migiem wracam.

Pobieg艂 do 艣wietlicy i wr贸ci艂 z 艂ukiem i strza艂ami. Teraz wygl膮da艂 rzeczywi艣cie jak prawdziwy Tatar. Uwadze Rubinowskiej umkn臋艂o, 偶e w napi臋ciu 艂uku musia艂 mu pom贸c Juraj, jemu za to nie umkn臋艂a ani kwestia w艂asnej s艂abo艣ci, ani inna, mniej rzucaj膮ca si臋 w oczy.

– Brakuje jednej strza艂y – zauwa偶y艂. 鈥 By艂o ich dwana艣cie.

Wyd臋艂a wargi.

– Czy to wa偶ne? Chyba nie zamierzasz ich u偶ywa膰? Zapodzia艂a si臋 gdzie艣, albo pan si臋 pomyli艂e艣 w rachubie.

Nie spiera艂 si臋, chocia偶 by艂 zupe艂nie pewny swego. Przecie偶 kiedy艣 policzy艂 strza艂y dok艂adnie i by艂 ich r贸wny tuzin. W sumie by艂a to rzecz b艂aha i zarejestrowa艂 j膮 tylko odruchowo.

– Tamtych ju偶 nie dogonimy, maj膮 wi臋ksze zaprz臋gi i godzin臋 przewagi – zauwa偶y艂 z poczucia odpowiedzialno艣ci, spogl膮daj膮c z niepokojem w niebo. 鈥 Dobrze, je艣li przed zmierzchem dotrzemy na miejsce.

– C贸偶 to, l臋kasz si臋 wa艣膰? Zd膮偶ymy, sama wybiera艂am konie.

Rzeczywi艣cie, czw贸rka ros艂ych kasztan贸w rwa艂a si臋 do biegu. Musia艂 przyzna膰, 偶e dziewczyna dobrze sobie wszystko obmy艣li艂a i bardzo go ucieszy艂o, 偶e przed艂o偶y艂a jego towarzystwo nad Gasko艅czyka. Stan膮艂 z ty艂u na p艂ozach i chcia艂 wzi膮膰 od niej lejce, lecz mu nie pozwoli艂a.

– Ja powo偶臋! – zastrzeg艂a.

W ostatniej chwili zd膮偶y艂 si臋 z艂apa膰 oparcia, gdy jak z procy wystrzelili w otwart膮 bram臋 i pomkn臋li w d贸艂 za艣nie偶onym go艣ci艅cem do Falsztyna, pod膮偶aj膮c po koleinach wy偶艂obionych w bia艂ym puchu przez poprzednik贸w. Mr贸z zel偶a艂 i pr贸sz膮cy delikatnie 艣nieg natychmiast pokrywa艂 艣lady cieniutk膮 warstw膮. Droga wi艂a si臋 malowniczo mi臋dzy zboczami g贸r z lewa a rzek膮 z prawej strony. Konie sz艂y r贸wno i w dobrej kondycji osi膮gn臋艂y zabudowania Falsztyna.

Z brz臋kiem dzwonk贸w wpadli do wsi wzbudzaj膮c ma艂膮 sensacj臋 w艣r贸d dzieciarni wyleg艂ej z chat na d藕wi臋k janczar贸w. Dziewczyna wyhamowa艂a konie na ko艅cu wsi, przed karczm膮 鈥濸od rogacem dwunastakiem鈥. Dw贸ch tubylc贸w chwia艂o si臋 pod szyldem z ko艣lawym rysunkiem zapewne jeleniego, acz bardziej przypominaj膮cego krowi, 艂ba uzbrojonego w imponuj膮ce poro偶e zbli偶one do roz艂o偶ystego krzaka. Wp贸艂 obj臋ci, zataczaj膮c si臋 mocno, wy艣piewywali na ca艂e gard艂o:

Palenicka, borowicka, wi臋kso wody po艂owicka.

Niedarmo艣 by艂a w 艣klanej bani, a teraz jee艣 w mojej d艂oni.

Jo p艂acem za cie 艣rybro, z艂oto, a ty mnie rucos w nowi臋kse b艂oto!

– Zapytaj pan ich, czy tamci daleko przed nami, nie mam ochoty gada膰 z pijakami – zwr贸ci艂a si臋 Anna do Wac艂awa, kt贸ry pos艂usznie wykona艂 polecenie.

– A beli haj, beli – wybe艂kota艂 starszy moczymorda.

– Bee trzi albo i 艣tyry zdrowa艣ki, panocku, a wartko jechali – doda艂 drugi.

– Zmierknie juz – stwierdzi艂 pierwszy czkaj膮c dono艣nie. 鈥 Osta艅cie, panie, w karcmie na nocnik, co beecie ba艂臋gowa膰 po 膰moku. Wyzyrka nicego, a i 艣ryba膰 dadzo. Na hasen wom to przidzie, obacycie. Powiadajo, co wedle Hombarku w hu艣ciawie wilcosk贸w ca艂o hurma. Do garde艂 wom hipnom3. Nie dra艅dze, panocku, prisam Bohu – uderzy艂 si臋 w piersi z tak膮 si艂膮, 偶e a偶 rzuci艂o go w zasp臋.

– Co on powiedzia艂? – spyta艂 oszo艂omiony Wac艂aw Ann臋.

– 呕e jak si臋 pan boisz wilk贸w, to mo偶esz tu zanocowa膰.

– A panna?

– Ja jad臋 dalej. Tylko m贸g艂by艣 mi pan przynie艣膰 kubek gor膮cego miodu. Zreszt膮 tobie te偶 by si臋 przyda艂, bo co艣 marnie wygl膮dasz.

Gor膮czka, o kt贸rej zapomnia艂 ciesz膮c si臋 towarzystwem dziewczyny, przypomnia艂a o sobie, gdy tylko wysiad艂 z sa艅. Na mi臋kkich nogach dobrn膮艂 do gospody, pchn膮艂 drzwi i przekroczy艂 pr贸g. Nie by艂o tu zbyt wielu klient贸w, cho膰 przecie偶 wypada艂y ostatki, i panowa艂a dziwna cisza, jednak Wac艂awowi by艂o to oboj臋tne, zw艂aszcza 偶e dodatkowo os艂abi艂a go fala ciep艂a zmieszanego z karczemnym zapaszkiem, kt贸ry z wielk膮 si艂膮 zaatakowa艂 jego i tak ju偶 zmaltretowany nos. Podszed艂 do zakratowanego szynkwasu i rzuci艂 呕ydowi na blat monet臋.

– Dwa kubki grza艅ca, tylko duchem.

– Kog贸偶 my tu widzimy? Czy to chan tatarski, czy te偶 sam baron Dondangen raczy艂 zaszczyci膰 te skromne progi?

Wac艂aw obr贸ci艂 si臋 na pi臋cie. Na wprost, pod okaza艂ym 艂bem jelenim z ogromnymi rogami, w pe艂ni usprawiedliwiaj膮cym nazw臋 ober偶y, siedzia艂a czw贸rka go艣ci, kt贸ra mog艂a skutecznie odstraszy膰 od przebywania w tym samym pomieszczeniu ludzi znacznie odwa偶niejszych od tutejszych wie艣niak贸w. Ju偶 nie dziwi艂y pustki w gospodzie. Baczy艅skiego Benesz rozpozna艂 od razu po opasce na oku. 艁ys膮 dawniej g艂ow臋 pokrywa艂 ca艂kiem bujny zarost, podgolony na staroszlacheck膮 mod艂臋. Hersztowi towarzyszy艂 eks-kapral Chowaniec, Kacper, kt贸ry ze zwieszon膮 g艂ow膮 t臋po wpatrywa艂 si臋 w dno kufla, oraz czwarty bandyta, nie znany Wac艂awowi.

– 呕ydzie! – zawo艂a艂 Baczy艅ski. 鈥 Sam tu dawaj trunek, pan baron napije si臋 z nami.

Wac艂aw wyj膮艂 kubki z dr偶膮cych r膮k karczmarza.

– Nie pijam z hultajstwem, mo艣ci Baczy艅ski – rzuci艂 za siebie i skierowa艂 si臋 do wyj艣cia.

Oczy wata偶ki zmru偶y艂y si臋. Kiwn膮艂 g艂ow膮 kompanom.

– Przyprowad藕cie go.

Wsta艂o dw贸ch. Kacper nadal usi艂owa艂 co艣 wypatrze膰 w pustym kuflu. Wac艂aw nie po raz pierwszy bra艂 udzia艂 w karczemnej awanturze, mimo i偶 na og贸艂 ich unika艂. Odstawi艂 kubki i przywita艂 Chowa艅ca z艂o艣liwym kopniakiem w podbrzusze, a drugiego, kt贸ry od ty艂u z艂apa艂 go w pasie, zaprawi艂 艂okciem w 偶o艂膮dek. Jednak by艂 chory i jego ciosy nie mia艂y zwyk艂ej si艂y. Uporali si臋 wi臋c z nim wnet i powlekli do herszta. Harna艣 pochyli艂 si臋 nad rzuconym mu do st贸p i podejmuj膮c go pod brod臋, powiedzia艂:

– Oj, nie艂adnie, baronie, nie艂adnie taki despekt czyni膰 przyjacio艂om. Mog艂em nie raz zdusi膰 ci臋 jak kurczaka, gdy艣 mi depta艂 po pi臋tach. Nie uczyni艂em tego, bo艣my obaj 偶o艂nierze, co za ojczyzn臋 krew przelewali, ot co!

Benesz ci臋偶ko uni贸s艂 si臋 na czworaki i spojrza艂 zb贸jcy prosto w bezlitosne oczy.

– Nie po drodze nam razem, panie Baczy艅ski. Mo偶e i kiedy艣 by艂e艣 偶o艂nierzem, lecz od dawna zwyk艂y zb贸j z ciebie, wdowie po艣lubion4.

Harna艣 z艂apa艂 Wac艂awa za po艂y ko偶ucha i przyci膮gn膮艂 do siebie.

– S艂uchaj, ch艂opcze – sykn膮艂 ledwo nad sob膮 panuj膮c. 鈥 Lepiej mnie nie dra偶nij. My艣lisz, 偶e nie wiem, co to za ptaszki ci臋 w zamku odwiedzi艂y? Ka偶dy wojak Denisk臋 pozna na mil臋. Wiem, 偶e siedzi teraz w Besarabii i ludzi do wojska werbuje.

– I c贸偶 z tego?

– Chc臋, 偶eby艣 da艂 mnie i moim ch艂opcom list instancjonalny do niego. Za gor膮co nam si臋 tutaj zrobi艂o i pora powietrze odmieni膰.

– A jak odm贸wi臋?

– Tego nie uczynisz – za艣mia艂 si臋 bandyta – bo wtedy donios臋 do cyrku艂u jakich masz przyjaci贸艂 i co z ciebie samego za ptaszek.

Wac艂aw strz膮sn膮艂 jego r臋ce ze swoich ramion.

– Wi臋c na co jeszcze czekasz? – odpar艂 i odszed艂.

Wtem us艂ysza艂 za plecami ostrzegawcze gwizdni臋cie Kacpra i zd膮偶y艂 odskoczy膰 na bok, gdy zb贸jecka ciupaga z furkotem przelecia艂a mu tu偶 ko艂o ucha, odbi艂a si臋 od okratowania i upad艂a nieszkodliwie na gliniane klepisko. G艂owacz z Chowa艅cem powstrzymywali herszta, kt贸ry powoli ostyga艂 ze z艂o艣ci.

– To za straty – tym razem Benesz po艂o偶y艂 na blacie talara, z 偶alem spogl膮daj膮c na wystyg艂ego grza艅ca, kt贸rego nie dane mu by艂o wypi膰.

– Straty? Jakie straty? – zdziwi艂 si臋 arendarz. 鈥 Nie ma straty, panie.

– Ale b臋dzie – odpar艂 Wac艂aw i schyliwszy si臋, b艂yskawicznie podni贸s艂 wa艂a艣k臋 i odrzuci艂 j膮 z ca艂膮 si艂膮, na jak膮 go by艂o sta膰. Wiruj膮c w locie, siekierka trafi艂a w czerep jeleni, kt贸ry da艂 nazw臋 gospodzie. Czaszka rozpad艂a si臋 na dwoje, a oba rosochate poro偶a razem z ciupag膮 spad艂y na Baczy艅skiego i jego kompan贸w.

– Co tak d艂ugo? – powita艂a Benesza zzi臋bni臋ta Anna. 鈥 Ju偶 my艣la艂am, 偶e zamarzn臋.

– Spotka艂em znajomego i nie wypada艂o zaraz wychodzi膰.

– A gdzie m贸j grzaniec?

– By艂a tylko gorza艂ka. Ruszajmy – spojrza艂 niespokojnie w drzwi gospody.- Najlepiej z powrotem.

– Ani mowy. Trzymaj si臋, wa艣膰.

Zaci臋艂a rumaki, kt贸re tak偶e porz膮dnie przemarzni臋te, ruszy艂y z kopyta. Obsypali 艣niegiem spod p艂贸z dw贸ch znajomych pijak贸w, tocz膮cych si臋 go艣ci艅cem do domu. Przystan臋li teraz i kln膮c otrzepywali si臋 ze 艣niegu.

– Naozajst zezro if wilcoski, obacys – powiedzia艂 pierwszy.

– Przistajem5 – zawt贸rowa艂 mu kompan.

Za wsi膮 droga zacz臋艂a si臋 wznosi膰 i konie zwolni艂y biegu. Zreszt膮 艣nieg pr贸szy艂 coraz obficiej i spowalnia艂 p臋d sa艅. Niebo zasnu艂y o艂owiane chmury. Robi艂o si臋 szaro, gdy znale藕li si臋 mi臋dzy masywem Hombarku z jednej i Z艂otnego z drugiej strony. Las po obu stronach schodzi艂 ze zboczy ku traktowi, jakby osaczaj膮c podr贸偶nych.

– Zawr贸膰my – zaproponowa艂 Wac艂aw po raz kolejny. 鈥 Na pewno nie zd膮偶ymy przed zmierzchem.

– Nigdy – odpar艂a stanowczo. 鈥 Ja si臋 nie cofam wp贸艂 drogi.

Przyjemnie by艂o na ni膮 popatrze膰, gdy z zuchwa艂膮 min膮 i zar贸偶owionymi z zimna policzkami, pewn膮 r臋k膮 prowadzi艂a zaprz臋g. Kiedy jednak rzuci艂 okiem w innym kierunku, 偶o艂膮dek podszed艂 mu do gard艂a, po drodze wywijaj膮c salto. Od 艣ciany lasu oderwa艂y si臋 czarne punkty: jeden, drugi, dziesi膮ty i po skosie, najkr贸tsz膮 drog膮 stacza艂y si臋 w d贸艂, zabiegaj膮c podr贸偶nym drog臋.

– Zawracaj! – wrzasn膮艂 i wyrwawszy oniemia艂ej dziewczynie wodze, stara艂 si臋 obr贸ci膰 w miejscu zaprz臋g, co nie by艂o 艂atwe z powodu w膮sko艣ci drogi i zaniepokojenia koni, kt贸re zwietrzy艂y niebezpiecze艅stwo. W ko艅cu jednak manewr si臋 powi贸d艂 i sanie pomkn臋艂y chy偶o z powrotem.

– M贸j panie, to s膮 wilcze maniery! – wrzasn臋艂a mu do ucha oburzona, a oczy jej rzuca艂y stalowe b艂yskawice.

– Jakie? – za艣mia艂 si臋 chrapliwie. 鈥 Je偶eli moje s膮 wilcze, to co powiesz o tamtych? – wskaza艂 jej kierunek batem, po czym zdzieli艂 konie po zadach.

Obr贸ci艂a g艂ow臋 i zesztywnia艂a, z niedowierzaniem wpatruj膮c si臋 w rosn膮ce w oczach sylwetki zwierz膮t.

– Jezus, Maria; wilcy!

Nie odpowiedzia艂. Wskoczy艂 do sa艅 i biczem pogania艂 rumaki, wydobywaj膮c z nich wszystkie si艂y. Gnali jak wicher, znad ko艅skich 艂b贸w unosi艂y si臋 ob艂oki pary. Lecz do Falsztyna mieli jeszcze dobry kwadrans jazdy i wiedzia艂, 偶e wataha ogarnie ich wcze艣niej.

– 艢wi臋ty Miko艂aju, patronie w臋drowc贸w, miej nas w swojej opiece – modli艂a si臋 na g艂os dziewczyna.

Nie m贸g艂 si臋 powstrzyma膰 i roze艣mia艂 na g艂os.

– C贸偶 pana tak 艣mieszy? 鈥 obruszy艂a si臋.

– To panna nie wiesz, 偶e 艣wi臋ty Miko艂aj, licho wie czemu, patronuje tak偶e wilkom? Pytanie, po czyjej dzi艣 jest stronie. Bierz lejce! – rozkaza艂 ju偶 bez 艣ladu weso艂o艣ci w g艂osie.

Z艂apa艂a je natychmiast, daj膮c dow贸d opanowania mimo nieskrywanego strachu, kt贸ry wyziera艂 z jej rozszerzonych 藕renic. Przekrzykuj膮c wycie wichru, kt贸ry akurat si臋 zerwa艂 oraz 艣wist przecinanego biczem powietrza, zawo艂a艂a:

– Co zamierzasz uczyni膰?

– Zobaczysz.

Zdar艂 z plec贸w sajdak ze strza艂ami i wysypa艂 je na siedzenie. Wybra艂 jedn膮 i za艂o偶y艂 j膮 na ci臋ciw臋 艂uku, po czym obr贸ci艂 si臋 ty艂em do kierunku jazdy. Widok, kt贸ry ujrza艂, by艂 przera偶aj膮cy. Wilcza wataha rozsypa艂a si臋 w p贸艂ksi臋偶yc, kt贸rego rogi zaczyna艂y si臋 zagina膰, coraz bli偶ej uciekinier贸w. Wyginaj膮c cielska w w臋偶owatych skr臋tach, wilki pokonywa艂y kopny 艣nieg bez widocznego wysi艂ku. Da艂o si臋 ju偶 rozpozna膰 poszczeg贸lne zwierz臋ta. Wychudzone, z jarz膮cymi si臋 艣lepiami, wygl膮da艂y jak sama 艣mier膰, kt贸r膮 nios艂y. Naliczy艂 r贸wno dwadzie艣cia krwio偶erczych bestii.

Sk贸ra na ko艅skich grzbietach pokry艂a si臋 kroplami potu. Strach pcha艂 zwierz臋ta naprz贸d, lecz zm臋czenie dawa艂o zna膰 o sobie. Prawie niedostrzegalnie sanie zacz臋艂y zwalnia膰. Zaczeka艂, a偶 wilki zbli偶y艂y si臋 na odleg艂o艣膰 kilkudziesi臋ciu krok贸w i wzi膮艂 na cel wielkiego basiora gnaj膮cego na skraju lewego skrzyd艂a watahy. Po strzale wilk zwin膮艂 si臋 w skoku i w drgawkach pad艂 na 艣nieg, zostawiaj膮c na nim krwaw膮 smug臋, za艣 biegn膮cy obok drapie偶nik zatrzyma艂 si臋 i zacz膮艂 szarpa膰 k艂ami cia艂o jeszcze 偶ywego towarzysza.

– Touche! – krzykn臋艂a rado艣nie Anna ogl膮daj膮c si臋 wstecz.

Jednak nast臋pna strza艂a tylko przebi艂a sk贸r臋 na karku bestii, kt贸ra wyszarpn臋艂a j膮 jednym k艂apni臋ciem k艂贸w i bieg艂a dalej. Kolejny pocisk chybi艂, ale czwarty zn贸w trafi艂 i po艣cig stopnia艂 do siedemnastu wilk贸w. Wac艂aw s艂a艂 strza艂臋 za strza艂膮, mia艂 ich wszak tylko jedena艣cie. Przy ostatnim strzale sanie podskoczy艂y na nier贸wno艣ci gruntu i pocisk zg贸rowa艂. Bior膮c pod uwag臋 okoliczno艣ci, a tak偶e to, 偶e od wczesnej m艂odo艣ci nie pos艂ugiwa艂 si臋 艂ukiem, rezultat mo偶na by艂o uzna膰 za znakomity. Jednak nie zmienia艂o to faktu, 偶e trzyna艣cie wilk贸w nie ustawa艂o w pogoni, zbli偶aj膮cej si臋 nieuchronnie do tragicznego fina艂u.

– Trzyna艣cie! – parskn膮艂 na g艂os szyderczo, ciskaj膮c bezu偶yteczny ju偶 艂uk na 艂awk臋. 鈥 I jak tu nie by膰 przes膮dnym?

Podj膮艂 decyzj臋. Wrzasn膮艂 do dziewczyny:

– Kiedy powiem, skoczysz na konia!

Nie odwracaj膮c si臋 skin臋艂a g艂ow膮 na znak, 偶e us艂ysza艂a. Sanie zwalnia艂y w oczach.

– Teraz! – rykn膮艂, wypatrzywszy dogodny moment.

Skoczy艂a odwa偶nie i wyl膮dowa艂a na grzbiecie wierzchowca. Na chwil臋 straci艂a r贸wnowag臋 i zdawa艂o si臋, 偶e spadnie prosto pod kopyta, lecz jako艣 uda艂o jej si臋 podci膮gn膮膰. W tym czasie Wac艂aw siedzia艂 ju偶 pewnie na drugim koniu i ci臋ciami szabli uwalnia艂 oba zar贸wno od balastu sa艅, jak i od dw贸ch kasztan贸w biegn膮cych na przedzie.

Kiedy spojrza艂 za siebie, zobaczy艂 jak nieszcz臋sne, zostawione samym sobie zwierz臋ta, dopada wilcza czereda. 艢miertelny kwik rozszarpywanych 偶ywcem wiernych stworze艅 brzmia艂 mu w uszach jak straszliwy wyrzut. Lecz cel zosta艂 osi膮gni臋ty – w po艣cigu bra艂o udzia艂 ju偶 tylko siedem bestii. Wyszarpn膮艂 zza pasa jeden z pistolet贸w i strzeli艂 w ty艂 prawie nie celuj膮c. Trafi艂 chyba cudem i zn贸w uby艂o jednego prze艣ladowcy.

Wtem kasztan Anny potkn膮艂 si臋 i upad艂 ze z艂aman膮 nog膮. […]

 

Komentowanie wy艂膮czone